THE O STUDIO STORIES

CZERWIEC 2026

Nowy cykl THE O STUDIO STORIES. Rozmowy z kobietami, które współtworzą świat mody. O ich drodze, codzienności, wyborach i wszystkim, co dzieje się pomiędzy.

Poznajcie Maję Naskrętską – stylistkę z wieloletnim doświadczeniem, dziś właścicielkę jednego z najbardziej inspirujących miejsc na mapie Warszawy – Smell of Paper. To właśnie tam spotkałyśmy się, aby porozmawiać o modzie, pracy, intuicji i drodze, która często prowadzi w zupełnie nieoczekiwane miejsca.

W THE O STUDIO wierzymy, że ubrania są częścią historii kobiet, które je noszą. Dlatego rozpoczynamy cykl rozmów z osobami tworzącymi współczesną modę – projektantkami, stylistkami, fotografkami, właścicielkami marek i wszystkimi kobietami, które każdego dnia nadają jej znaczenie. 

Na nasze spotkanie Maja wybrała komplet Bea z cieńkiej wełny, długie spodnie oraz koszulę

Gdy patrzysz na swoją zawodową drogę z perspektywy czasu, co było momentem, który najbardziej Cię ukształtował?

Nie ma jednego momentu. Wszystkie lata, które przepracowałam w branży od 19 roku życia, systematycznie mnie kształtowały. Ludzie, których spotkałam na swojej drodze, podróże – mam to szczęście, że dzięki mojej pracy zwiedziłam pół świata i z każdego miejsca przywoziłam nową energię. Były też trudniejsze chwile, których wbrew pozorom jest sporo w tym „kolorowym”, modowym świecie – zarówno na początku drogi, jak i wtedy, gdy działa się już samodzielnie. I oczywiście te piękne momenty, o których jako dziecko, a nawet jako dorosła osoba, nie odważyłabym się marzyć.

Smell of Paper to miejsce z własnym rytmem i atmosferą. Jak wygląda Twój idealny dzień tutaj?

Zakładając swoje miejsce, nie zrezygnowałam z pracy stylistki i to trochę wpływa na czas spędzany w Smell. Na razie jestem tu tylko dwa dni w tygodniu – w piątki i soboty – ale ponieważ mieszkam niedaleko, zawsze podkreślam, że jestem w stanie przybiec do klienta i otworzyć mu drzwi nawet o północy!

Mój idealny dzień to odbieranie przesyłek od kurierów, wąchanie stron nowo rozpakowanych magazynów i książek (to naprawdę mój odruch bezwarunkowy od dziecka, haha), przeglądanie ich i szukanie dla nich miejsca na półkach. Uwielbiam też obserwować, jak przychodzą do mnie ludzie i znajdują wspólny język – niewiele jest sytuacji, kiedy dwie lub więcej osób, które wcześniej się nie znały, stojąc przy regale, nie zaczyna ze sobą rozmawiać. Jeszcze lepiej, zdarzały się przypadkowe spotkania ludzi, którzy nie widzieli się od lat!

Wspaniałe są też dni, kiedy odwiedzają mnie znajomi i przyjaciele – właściwie każdego dnia ktoś z nich wpada. Dzięki temu miejscu nie ma już sytuacji typu: „Nie mam czasu, przełóżmy spotkanie”, które później miesiącami nie dochodzi do skutku przez natłok obowiązków. Wiedzą już, gdzie mnie znaleźć. Przyznam, że nie spodziewałam się tak ogromnego wsparcia ani tego, że nawiążę i odnowię tyle wartościowych relacji.

Co tu dużo mówić – każdy dzień w Smell of Paper jest idealny!

Jaką rolę odgrywają książki w Twoim życiu i pracy?

Ogromną. Albumy i magazyny były moimi pierwszymi źródłami inspiracji przy tworzeniu koncepcji kreatywnych, kiedy internet dopiero raczkował lub jeszcze nie istniał. Najważniejszym zmysłem, który prowadzi mnie przez życie, jest wzrok. Mogłabym nie słyszeć, nie czuć, ale oczy w połączeniu z wyobraźnią dostarczają mi najwięcej bodźców i najbardziej pobudzają moją kreatywność. Książki i magazyny twórczo zasilają ten zmysł, ale dają mi też wyciszenie i pozwalają lepiej się skupić. Mają w sobie coś magicznego – otaczając się nimi, czuję się spokojniejsza. Nawet jeśli czasem nie mam wystarczająco dużo czasu, by w pełni się nimi cieszyć, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Są stałym elementem mojej przestrzeni (i doskonale wie o tym każdy, kto kiedykolwiek pomagał mi się przeprowadzać, haha).

Jak macierzyństwo wpłynęło na sposób, w jaki pracujesz i podejmujesz decyzje?

Macierzyństwo przede wszystkim uświadomiło mi, że bez kreatywnej pracy nie jestem w stanie funkcjonować. Po urodzeniu Lily, po kilku miesiącach spędzonych w domu, nosiło mnie na tyle, że założyłam blog „Woman and Mother”, w którym poruszałam tematykę macierzyństwa z tej przyjemniejszej strony. Zapraszałam ilustratorów do współpracy, odkrywałam nowe polskie marki dla mam i dzieci, przeprowadzałam krótkie wywiady, pisałam o książkach dla najmłodszych i latałam z aparatem (z Lily pod pachą), fotografując street style najbardziej stylowych mam Warszawy. To był pewnego rodzaju lżejszy substytut pracy w redakcji, której z oczywistych względów nie mogłam kontynuować podczas urlopu macierzyńskiego.

Nie kolidowało to z rodzicielstwem, wręcz dodawało mi skrzydeł i energii. Dziś Lily ma dziesięć lat i jest to zupełnie inny etap. Pod kątem mojej pracy jest trochę łatwiej – więcej rozumie, na przykład kiedy muszę dłużej zostać na sesji czy spędzić wiele godzin na przygotowaniach. Gdy jestem w Smell, często mnie odwiedza i obserwuje. Staram się wtedy zaszczepić w niej pasję do sztuki i książek.

Mogłabym się o tym długo rozpisywać, ale puenta jest jedna: macierzyństwo nie wpłynęło znacząco na moją pracę. Zawsze znajdowałam siłę, by wszystko pogodzić i iść tą samą drogą co przed urodzeniem córki, nawet gdy przez pewien czas byłam ze wszystkim sama. Pracowałam tak samo, choć wysiłku i zmęczenia po zarywaniu nocy przed komputerem było więcej. W tym wszystkim kluczowa jest logistyka i umiejętność podejmowania decyzji na różnych płaszczyznach. Ważne było też dla mnie zachowanie równowagi między wszystkimi rolami. Jeśli naprawdę się je kocha, sposób zawsze się znajdzie.

Recommended Posts